Wojciech Jałowski. Drukowanie i premie lotne.

Rozmowa i zdjęcia:Marcin Matuszak

Poligrafia to jego życie i rodzinna tradycja. Dziadek Marian był drukarzem typograficznym. Fachowiec, nauczyciel. Wojtek kontynuuje tę pasję od 30 lat. Z zawodu drukarz i wykształcony dziennikarz. Od skończenia szkoły pracuje w Zakładzie Poligraficznym Moś-Łuczak. O maszynach i drukowaniu może opowiadać godzinami. Jest nauczycielem w szkole zawodowej, oraz wykłada na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu. Przygotowuje projekty w zakresie materiałów dydaktycznych dla Polskiej Izby Druku. Kolarz w wolnych chwilach.

Trenujesz regularnie?

Staram się… co oznacza, że nie ćwiczę tak regularnie, jak bym chciał. Dla mnie „regularnie” to było kilka lat temu, kiedy miałem ściśle ustalony plan od trenera i choćby się waliło i paliło, i tak musiałem wyjść na trening. Jednak w pewnym momencie zauważyłem, że w trenowaniu nie chodzi tylko o mnie. Mam rodzinę, dzieci i obowiązki. Zmieniłem więc podejście do sportu i postawiłem na przyjemność z tego, co robię. Jeśli dziś mi się nie uda, nie ma tragedii. Ważne, by przepracować to w sobie i po prostu wyjść na trening kolejnego dnia. Balans jest kluczowy, zwłaszcza gdy cały dzień spędzasz między różnymi zadaniami w stresującym środowisku. Trzeba mieć wtedy sposób na odreagowanie, a dla mnie takim wentylem bezpieczeństwa stał się sport. Poza rowerem biegam oraz gram w piłkę nożną w lokalnej drużynie Lechia Kostrzyn Oldboys.

Sukcesy?

W Zalasewie działa sklep Fogt Bikes i grupa kolarska założona przez mojego kolegę, Michała Fogta. To właśnie dzięki nim złapałem kolarski bakcyl. Zaczęliśmy ostro trenować i zauważyłem, że „noga kręci mi się coraz lepiej”. Potem pojawił się Tor Poznań, a kiedy w peletonie przy finiszu jechałem 60 km/h, poczułem ogromną satysfakcję. Następnie zaczęliśmy startować w wyścigach. Jeździłem głównie na lokalne imprezy, tzw. „ogóry”, na przykład w wielkopolskim cyklu Gogol MTB czy Grand Prix Kaczmarek Electric MTB, wyścigach o randze ponadregionalnej. Trasy miały zazwyczaj 40-50 km i przygotowywałem się do nich bardzo solidnie. Nigdy nie byłem na podium, ale w kategorii wiekowej byłem wysoko, co dawało satysfakcję. Pierwszy maraton ukończyłem na 160. miejscu ze 300 uczestników, ale po kilku kolejnych byłem już trzydziesty. Postęp dawał mi motywację, żeby jeździć jeszcze lepiej.

A teraz?

Dziś, gdybym pojechał na taką kolarską „ustawkę”, myślę, że musiałbym mocno popracować, żeby im „dotrzymać koła”. Moja forma zdecydowanie spadła, ale w żaden sposób nie przeszkadza mi to w czerpaniu frajdy z jazdy rowerem.

Zdarzają się jednak wyjazdy, na które wyruszamy bardzo wcześnie i na przykład objeżdżamy cały ring dookoła Poznania pomarańczową trasą, co daje ok 170km.
© Wojciech Jałowski

Dużo jeździsz?

Są dwa rodzaje wyjścia na rower. Jedno to typowy trening, podczas którego testujemy granice swojej wytrzymałości, dając z siebie absolutnie wszystko. Taki trening staram się robić jeden, dwa razy w tygodniu. Niedaleko mojej miejscowości jest odcinek techniczny przy drodze ekspresowej, bezpieczne miejsce, gdzie można naprawdę „ugryźć kierownicę” i cisnąć na maksa. Tam, razem z kolegami, robimy sety, czyli odcinki na rowerze w określonym tempie, i rywalizujemy o tzw. KOM-y (skrót od ang. „King of the Mountain” – przyp. red). W kolarskim żargonie, jeśli korzystasz z aplikacji typu Strava, KOM oznacza najlepszy czas na danym odcinku. Później sprawdzamy, kto otrzymał KOM, albo próbujemy pobić rekord kolegi, To oczywiście nie ma nic wspólnego z trenowaniem metodycznym, raczej męska zabawa i rywalizacja.Trenowanie bardziej polega na jeździe pod cyferki czyli określone waty , powtórzenia i realizacja zadań.c  Drugi rodzaj wyjścia stanowią tzw. coffee ride’y, czyli długie przejażdżki trwające dwie, trzy godziny bez wychodzenia poza próg beztlenowy. Podczas takiej przejażdżki dużo rozmawiamy, cieszymy się rowerem, zatrzymujemy się na kawę czy coś słodkiego. To typowy coffee ride, łączący trening z przyjemnością. Tego typu wypad mamy zawsze w sobotę z kolegami ze Swarzędza i Gruszczyna. Jedziemy do Puszczykowa lub do Puszczy Zielonki. Nie korzystamy wtedy z rowerów szosowych, tylko wybieramy gravele lub MTB, żeby mieć większy kontakt z naturą, omijając asfalt i wybierając teren, korzenie, piach, leśne ścieżki. Robimy wtedy około 50-70 km. Zdarzają się jednak wyjazdy, na które wyruszamy bardzo wcześnie i na przykład objeżdżamy cały ring dookoła Poznania pomarańczową trasą, co daje ok 170km. Przejechałem tą trasę i bardzo polecam.

Gdzie jeździłeś? Masz jakieś ulubione trasy?

Byłem na  kiedyś na dziesięciodniowym wypadzie po Hiszpanii oraz na wakacjach w  Grecji, gdzie jest stabilna pogoda już w lutym, są przepiękne trasy, góry i wielokilometrowe podjazdy,  a lokalnie staram się jeździć po okolicznych górach, na przykład w rejonie Śląska. Brałem też udział w różnych wydarzeniach kolarskich. Szczególnie zapamiętałem jednak wyjazd, który zrealizowałem wiele lat temu. Wziąłem rower z sakwami i pojechałem do Gdańska, a stamtąd w ciągu trzech dni przejechałem całe wybrzeże, włącznie z Mierzeją Helską. Jechałem od zachodu na wschód, z wiatrem, który pchał mnie do przodu i ułatwiał jazdę. Wybrałem trasę R10, prowadzącą wzdłuż wybrzeża przez województwa zachodniopomorskie i pomorskie, od Helu do Świnoujścia. Dużo jechałem lasami i drogami wśród zieleni. To naprawdę wspaniała, malownicza trasa. Szczególnie polecam okolice Ustki, gdzie są mokradła. To był jeden z najfantastyczniejszych wyjazdów. Na pierwszy rzut oka byłem tylko ja i mój rower. Jednak samotna podróż stała się pretekstem do wielu spotkań. Uwielbiam poznawać ludzi w trasie. Kiedy wjeżdżasz na rowerze po całym dniu i jesteś uśmiechnięty, ludzie chętnie zagadują. Pojechałem także rowerem do Berlina, jednego z najbardziej przyjaznych rowerzystom miast w Europie, gdzie można czuć się bezpiecznie i czerpać z jazdy dużo pozytywnej energii. Drogę między Poznaniem a Rzepinem pokonałem pociągiem. Z Rzepina w ciągu dnia przejechałem 140 km do Berlina. Trasa wiedzie do Słubic, a dalej przez Frankfurt i okoliczne wsie. Po drodze są zarówno odcinki utwardzone, jak i znakomite szutrowe drogi biegnące przez pola i lasy.

Biorę książki, „rozkładam” je na części i demonstruję studentom, jak są skonstruowane i przygotowane. Rozmawiamy o papierze, technikach druku oraz rozwiązaniach projektowych.

Rower to twoja pasja, a zawodowo zajmujesz się poligrafią, zarówno w praktyce, jak i ucząc zawodu. Czy te różne obszary w jakiś sposób się u ciebie łączą?

Uczę młodych adeptów sztuki drukarskiej w klasach branżowych i technikum w Zespole Szkół Zawodowych nr 6 im. Joachima Lelewela w Poznaniu. Podczas pierwszych zajęć zawsze pytam, jak to się stało, że uczniowie trafili do tej szkoły i czy ktoś uprawia sport. Każdy wybiera swoją drogę i brak zainteresowania sportem nie dyskwalifikuje nikogo w moich oczach. Zauważam jednak, że osoby aktywne fizycznie często inaczej patrzą na życie. Są bardziej zdeterminowane i odważniejsze w mierzeniu się z codziennymi wyzwaniami. To efekt treningu, który uczy konsekwencji i pokazuje, że tylko regularna praca prowadzi na podium. Właśnie o tym mówię młodzieży, zachęcając ich do uprawiania sportu lub rozwijania innej pasji, która kształtuje charakter i stanowi zdrową odskocznię od codzienności.

Uczysz także na Uniwersytecie Artystycznym im. Magdaleny Abakanowicz.

Uczę studentów grafiki projektowej, a moje zajęcia dotyczą przygotowania projektów do druku. Pokazuję im, jak wygląda współpraca z drukarnią od momentu stworzenia zapytania ofertowego, przez proces produkcji, aż po finalny efekt. Chodzi o to, żeby rozumieli, jak unikać błędów i nieporozumień, które często wynikają z braku komunikacji między grafikiem a drukarzem. Na zajęciach rozmawiamy o technikach druku, doborze odpowiednich materiałów i miejsca realizacji projektu, ale też o praktycznej stronie zawodu. Jestem obecnie szefem produkcji i od wielu lat mam kontakt z drukiem. Na własnej skórze doświadczyłem różnorodnych problemów drukarskich na wszystkich etapach. Na zajęciach często opowiadam anegdoty, ale również pokazuję wszystkie zagadnienia od strony praktycznej. Biorę książki, „rozkładam” je na części i demonstruję studentom, jak są skonstruowane i przygotowane. Rozmawiamy o papierze, technikach druku oraz rozwiązaniach projektowych. Ponieważ w naszej produkcji realizujemy różnorodne projekty, od klasycznych publikacji po art booki, mam spory wachlarz przykładów, z którymi mogę pracować na wykładach. Dzięki temu studenci mają okazję zobaczyć realne zastosowanie teorii w praktyce.

Robisz zajęcia w drukarni? Pokazujesz jak to działa w praktyce?

Staram się. W ubiegłym roku, we współpracy z profesorami opiekującymi się grupami, zrealizowaliśmy zajęcia łączące projektowanie z drukiem. Studenci zaprojektowali wspólnie plakat, a ja założyłem kitel i osobiście go wydrukowałem na Hajdusiu (maszyna Heidelberga przyp. red.) W tym roku też mam to w planie.

Studenci zapewne wchodzą do zakładu i są zdziwieni, że proces druku jest tak skomplikowany. Nie zdają sobie sprawy, że żeby wydrukować książkę, trzeba przejść przez tyle etapów, tyle różnych działań. Można by to nawet porównać do „premii lotnych” w kolarstwie, nie sądzisz?

Dokładnie, to dobre porównanie. Każdy etap produkcji książki to jak kolejna „premia lotna”. Staram się wprowadzić studentów w każdy aspekt tego procesu, bo uważam, że zanim trafią na zajęcia praktyczne, powinni mieć pewną bazę. To trochę jak w kolarstwie. Nie możesz stanąć na starcie wyścigu, jeśli nie masz bazy tlenowej. Ja tę „bazę tlenową” staram się im dawać podczas wykładów, a później, gdy przychodzą do drukarni, to… no cóż, wtedy zaczyna się prawdziwy podjazd. Nawet z przygotowaniem, każdy musi się zmierzyć z trudnościami i „dociągać” własnym tempem [śmiech].

Czy po tylu latach w branży poligraficznej wciąż udaje ci się czerpać z niej frajdę?

Gdybym nie czerpał z tego frajdy, nie mógłbym iść do szkoły i z pasją o tym opowiadać uczniom. Nie mógłbym też wykładać na uniwersytecie. Człowiek, który nie odczuwa radości ze swojej pracy, nie rozwija się, a ja wciąż codziennie odkrywam w tej branży coś nowego. Oczywiście są lepsze i gorsze dni, ale praca wciąż mnie naprawdę kręci. Uwielbiam maszyny, uwielbiam produkty, które z nich schodzą, uwielbiam papier i kontakt z klientami. W zakładzie spędzam osiem godzin, a potem jadę na cztery lekcje do szkoły, gdzie wstępuje we mnie nowa energia. Praca w tych dwóch miejscach różni się diametralnie, ale dzięki temu dobrze się one uzupełniają. To, co kumuluje się we mnie w ciągu dnia podczas pracy w drukarni, mogę rozładować podczas zajęć w szkole. To dla mnie swoiste katharsis. Myślę, że gdyby nie ta druga przestrzeń, praca w drukarni dawałaby mi dziś mniej radości. A największą satysfakcją dają mi wizyty moich uczniów w drukarni. Cześć z nich po ukończeniu szkoły trafia do naszego zespołu. Zakład odwiedzają także studenci. Przychodzą, aby zrealizować swoje projekty, a także zapytać o radę. Chętnie wspieram ich także poza uczelnią. Zostawiam im swoją wizytówkę. Często piszą do mnie z pytaniami o surowce czy kwestie techniczne. Cieszy mnie też, kiedy ktoś przychodzi do mnie z własnym projektem czy pracą magisterską. Wspólnie omawiamy, jak ją najlepiej przygotować i wydrukować.

Codziennie kupował dwie takie same gazety. Robił to z przekonania, że w ten sposób daje pracę kolegom. Taka solidarność zawodowa była dla niego naturalna.

Nie jesteś pierwszym drukarzem w rodzinie.

Drukarzem był również mój pradziadek. W jego czasach zawód drukarza typograficznego, należał do profesji cieszących się dużym poważaniem. Uważano go za rzemiosło wymagające dużej wiedzy oraz odpowiedzialności i stawiano go w jednym rzędzie z takimi zawodami jak lekarz, adwokat czy złotnik. Drukarze tworzyli hermetyczne środowisko, do którego wchodziło się po odpowiednim chrzcie. Podczas niego nowy adept musiał postawić kolegom coś do wypicia, a następnie przechodził symboliczny rytuał: wchodził do wanny i był oblewany farbą drukarską. W moim domu przechowuję w ramce oryginalny dokument z 1946 roku potwierdzający przyjęcie mojego dziadka do rodziny uczniów Gutenberga. Dawna typografia wyglądała zupełnie inaczej. Drukarz miał bezpośredni kontakt z czcionką, sam składał tekst i przygotowywał formy. Musiał wszystko dokładnie przeczytać i sprawdzić, bo każdy etap zależał od jego ręki i oka. Dziś proces jest przemysłowy. Wszystko idzie na płyty, a drukarz pełni funkcję kontrolną, nie ma już czasu wychwytywać błędów edytorskich. Mój dziadek był w swoim fachu bardzo ceniony. Po przejściu na emeryturę nadal miał w sobie przywiązanie do profesji. Codziennie kupował dwie takie same gazety. Babcia się z tego śmiała, ale on robił to z przekonania, że w ten sposób daje pracę kolegom. Taka solidarność zawodowa była dla niego naturalna.

Rozmowa odbyła się w ramach festiwalu CMYKRGB.
Poznań, październik 2025

Dziękujemy Miasto Poznań za wsparcie
#poznańwspiera