Dwadzieścia żyć i dwadzieścia rąk. Anka Gregorczyk

Rozmowa i zdjęcia:Marcin Matuszak

Z Anką spotykamy się w Galerii Centrala. Właśnie trwa wystawa Gregora Sailera „The Polar Silk Road :: Observation of the Hidden”. Przestrzeń wypełniają mroźne, surowe i nieruchome kadry Arktyki. Dzień przed rozmową chiński kontenerowiec dokonał przełomowego rejsu przez Morze Arktyczne z portu Ningbo-Zhoushan w Chinach do Gdańska. Anka Gregorczyk, kuratorka wystawy i właścicielka galerii zapraszając do współpracy Sailera wyprzedziła czas.

Kim jesteś bardziej: „galerniczką” czy fotografką?

[śmiech] Galernik to ten, który wiosłuje na galerze, prawda? Ten od ciężkiej, mozolnej roboty na morzu. Zatem… galerzystką. Idealistką, która ciągle dokłada sobie pracy, bo wciąż wierzy, że to ma sens. Wiosłuję przed siebie, nawet jeśli czasem płynę pod prąd. Ale tak serio, to przede wszystkim jestem artystką wizualną. A dzięki temu, że założyłam i prowadzę Galerię Centrala, mogę trochę szerzej opowiadać o tym, co mnie naprawdę ciekawi i porusza.

Co masz na myśli, mówiąc o sobie „artystka wizualna”? Mam wrażenie, że najpełniej mówisz właśnie fotografiami.

W moim przypadku najbardziej precyzyjny byłby angielski termin „lens based artist”, który niestety nie ma odpowiednika w języku polskim. Fotografowanie, i w ogóle praca z obiektywem na różne sposoby, pozwala mi tworzyć, przetwarzać i bawić się formą. Obiektyw to moje podstawowe narzędzie pracy.

Patrząc na twoje projekty i konto na Instagramie, mam wrażenie, że przełom w twojej twórczości nastąpił w 2014 roku. Pierwsze zdjęcie z tego okresu wyróżnia się na tle twoich pozostałych prac. To bardzo malarski klatka z Nowego Jorku, z której emanuje poczucie zmiany. Widać na nim osobę wychodzącą z kadru, za płotem pokrytym tkaniną, przez którą prześwituje rozmyta, ale wciąż czytelna panorama miasta, z charakterystycznym Mostem Manhattańskim w tle. Co się wtedy wydarzyło?

Moje konto na Instagramie nie jest dobrym źródłem informacji o mojej fotografii . Jest tam niewiele zdjęć, to raczej taki emocjonalnie zdystansowany dziennik bez chronologii, bardziej pokazujący moje aktualną energię twórczą czy kierunek, który mi w danym momencie pasuje. Do 2014 r. zajmowałam się głównie fotografowaniem architektury, zarówno zawodowo, jak i z pasji. Czułam jednak, że to mi nie wystarcza. Chciałam odkrywać przestrzeń, która generuje te budynki. Wyjazd do Stanów wydawał mi się idealnym momentem, by zmierzyć się z miejską rzeczywistością i doświadczyć jednej z najpotężniejszych architektur, jakie można zobaczyć w mieście. Ta miejskość intrygowała mnie od wielu lat. Potem ruszyłam w podróż przez całe Stany, ze wschodu na zachód, opuszczając nowojorską rzeczywistość bez żalu, ale z otwartością na nowe wrażenia. Chciałam spojrzeć na ten świat inaczej niż dotąd. Dotychczas porządkowałam go moją fotografią. Architektura, która była bohaterką zdjęć, często była wysublimowana, czasem nawet piękniejsza niż w rzeczywistości. Trochę zmęczyłam się tą nieustanną interpretacją. W tamtym momencie chciałam po prostu doświadczyć świata takim, jaki jest, zamiast ciągle przetwarzać go przez własną wizję.

Nie miałam żadnego konkretnego planu, poza chęcią spojrzenia na świat bez uprzedzeń. Wzięłam aparat z nastawieniem, że będę fotografować to, co naprawdę widzę, a nie swoją interpretację rzeczywistości
Anka Gregorczyk, West, 2019
Anka Gregorczyk, West, 2019
Anka Gregorczyk, West, 2019

Czy wybierając się w tę podróż, zdawałaś sobie sprawę, że to może być punkt zwrotny w twojej twórczości?

Wówczas, miałam jedynie przeczucie, że to będzie czas zmierzenia się z mitem USA, czymś, co budowało się we mnie przez lata. Nie miałam żadnego konkretnego planu, poza chęcią spojrzenia na świat bez uprzedzeń. Wzięłam aparat z nastawieniem, że będę fotografować to, co naprawdę widzę, a nie swoją interpretację rzeczywistości. Chciałam wejść w rolę dokumentalistki: obserwować, doświadczać i przyjmować wszystko, co przychodzi, bez oceniania. Jako fotograf architektury przyzwyczaiłam się do tworzenia obrazów, do kreowania. Wtedy jednak to szukanie, postrzeganie, dostrzeganie było z jednej strony fascynujące, a z drugiej obciążające.

Widać tę zmianę, wracając do zdjęć na Twoim profilu z 2014 roku. Kilka zdjęć z Nowego Jorku, ale po chwili miasto właściwie znika. To zafascynowanie dużymi budynkami mija, a fotografie stają się „brudniejsze”, pełne szumów, mniej ustawione. Wcześniej wszystko było starannie wystylizowane, kąty dopracowane. Tutaj pojawia się dużo nieporządku. A potem ruszasz na prowincję, szukasz „małej architektury” i detali.

Jak wspomniałam, mój instagram to nie jest dobra droga do dyskusji o moim fotografowaniu. Bardzo trudno jest postrzegać tę przestrzeń, nie powielając obrazów, które wdrukowały nam filmy czy fotografie przedstawiające USA. Zauważyłam, że chodziłam po Nowym Jorku, kojarząc c praktycznie niemal każdy zakątek. Choć nigdy tam wcześniej nie byłam. Obawiałam się, że podobnie będzie podczas podróży po Stanach, bo byłam pochłonięta obrazem Ameryki. Miałam poczucie, że wszystko już kiedyś widziałam. Stąd z góry nastawiłam się, że nie poddam się temu i będę chłonąć rzeczywistość taką, jaka jest, bez ekscytowania się i bez powielania zdjęć, które już tysiąc razy zostały zrobione.

No tak, ale jak w ogóle w Stanach uchwycić coś, czego jeszcze nie sfotografowano?

To niezwykle trudne. Obraz Stanów Zjednoczonych jest tak mocno wryty w naszą podświadomość, że często nie zdajemy sobie sprawy, że fotografując, po prostu powielamy kadry, które już wcześniej widzieliśmy. Tam właściwie wszystko zostało już sfotografowane. Trudność zwiększa fakt, że krajobraz USA cechuje duża powtarzalność. Charakteryzuje je specyficzny styl architektoniczny, miasteczka wyglądają bardzo podobnie, i jeśli odwiedziło się pięć czy dziesięć z nich, jest duża szansa, że kolejne dwieście będzie wyglądać tak samo. Bez względu na miejsce, doświadczenia i obserwacje są bardzo podobne, bo tak po prostu wyglądają Stany. To nie jest wykreowany obraz na potrzeby filmu. Tak jest naprawdę. Stąd trudno uwolnić się od tego stereotypowego sposobu patrzenia. Poddałam mu się zatem w końcu i pozwoliłam sobie doświadczyć tego zniewolenia obrazem.

W międzyczasie wydarzyło się jednak coś, co nadało projektowi niespodziewany kierunek. W Nowym Jorku, w Metropolitan Museum of Art, zobaczyłam fotografię Stephena Shore’a (jednego z pionierów fotografii kolorowej lat 70. XX wieku – przyp. red.) przedstawiającą skrzyżowanie w miejscowości Kalispell z 1974 roku („2nd Street East and South Main Street, Kalispell, Montana” – przyp. red.). To zdjęcie, pozornie nieprzedstawiające niczego wyjątkowego, zrobiło na mnie wrażenie. Poczułam silny impuls, potrzebę by odnaleźć to miejsce, mimo że nie leżało ono na naszej trasie ani nawet w jej pobliżu. Chciałam je zobaczyć i sfotografować, stworzyć coś w rodzaju refotografii Shore’a, co w końcu się udało. A potem zdarzyło się coś zabawnego. W Seattle mój życiowy i fotograficzny partner Łukasz Szamałek zrobił zdjęcie, które wyglądało jak znajomy kadr Stephena Shore’a. Przeglądając później swoje fotografie, zauważyłam, że wiele z nich ma podobny charakter. Okazało się, że fotografując najbardziej oczywiste miejsca, powstawały kadry, które można by niemal odnaleźć w książce American Surfaces. Kiedy to odkryłam, postanowiłam zjechać Stany Zjednoczone, podążając śladami Shore’a. Odtwarzałam sceny z jego kadrów, analizując, co w w nich urzekło fotografa i co chciał przekazać nimi widzowi. Okazało się, że wykonuję je 40, a potem 50 lat później po Shorze, mniej więcej w tym samym czasie, co było nieco przypadkowym zbiegiem okoliczności… chyba…

Które momenty z tego projektu najbardziej zapadły ci w pamięć?

Odnalezienie wielu lokalizacji, opisanych jedynie w sposób ogólnikowy, było prawdziwym wyzwaniem. Wymagało rozmów z mieszkańcami i poszukiwań nie tylko na mapach Google. Jednym z przykładów jest fotografia z Eureki, umieszczona na okładce zbioru Stephen Shore’a Uncommon Places. The Complete Works, która przedstawia bardzo klasyczny amerykański widok: zaparkowane na parkingu samochody, w tle trzy słupy elektryczne. Ta scena utkwiła mi w pamięci tak mocno, że byłam zdeterminowana, by ją odnaleźć. Chodziłam po mieście, pokazując fotografię i próbując odnaleźć tę lokalizację, ale nikt nie wiedział, gdzie się znajduje. W końcu okazało się, że oryginalny kadr jest niemożliwy do odtworzenia. Zdjęcie zostało wykonane z okna motelu, który od lat nie istnieje. Musiałam więc wykonać fotografię z innego ujęcia. Całe to śledztwo było intrygujące , ale kosztowało mnie wiele czasu i nieco frustracji, podobnie jak w Yosemite, gdzie przez sześć godzin poszukiwałam jednego kadru. Zamiast cieszyć się widokami parku narodowego, obsesyjnie szukałam konkretnego ujęcia. Gdy w końcu zrezygnowałam i zaczęliśmy wracać w kierunku parkingu , nagle zobaczyłam to miejsce… i okazało się, że było ono tuż przy parkingu. W pewnym momencie ogarnęło mnie rozczarowanie. Wyjeżdżałam do Stanów z nastawieniem, by odkryć istotę artystycznych wyborów Shore’a, a okazało się, że często determinował je bardzo prozaiczny czynnik – jak odległość miejsc od parkingu. Ale mimo to tworzył on doskonale obrazy, które po latach kształtują naszą wyobraźnię o tych miejscach. To odkrycie było dla mnie jednocześnie fascynujące i frustrujące.

Cały mój późniejszy proces fotografowania koncentrował się na demitologizacji wyobrażeń o Stanach Zjednoczonych, amerykańskiej wolności i American Dream. Mierzyłam je poprzez twórczość Shore’a, już nie odtwarzając jego zdjęcia, lecz, ujawniając kryjącą się za nimi rzeczywistość. Moment, który najlepiej oddaje sens tej idei, wydarzył się w stanie Montana. Marzyłam, by zobaczyć dzikie konie, biegające luzem po otwartej przestrzeni, symbol tej mitycznej wolności. Jadąc autostradą wreszcie je zobaczyłam. Pomimo zakazu zatrzymaliśmy samochód. I po dłuższym przebijaniu się przez kilka wzgórz okazało się, że jest to instalacja „The Bleu Horses” Jima Dolana, przypominająca o dzikich mustangach, których już nie ma w Ameryce. Ten moment był dla mnie przełomowy. Uświadomiłam sobie, że goniłam za wyobrażeniem, za mitem o wolności, który już nie istnieje. Wtedy zrozumiałam, że dla mnie to koniec baśni.

Anka Gregorczyk, West, 2014

Mimo to do Stanów Zjednoczonych wracasz jeszcze w 2016, potem 2019 i 2023.

Powstał cykl „West” portretujący mityczny, zachód, ten wyimaginowany „lepszy świat” funkcjonujący w zbiorowej wyobraźni m.in Europejczyków W 2016 kontynuowałam projekt z bardziej spokojnym nastawieniem i sprecyzowanym planem. Wyjazd był bardziej metodyczny i przemyślany, z konkretną koncepcją. Trasa była zaplanowana pod kątem miejsc związanych z Shore’em na wschodnim wybrzeżu. Pojawiało się więcej architektury, sielankowych scen, poczucie pogodzenia. W 2019 r. odbyliśmy najdłuższą podróż od San Francisco, przez Salt Lake City na południe przez Navaho Land, Arizonę, Nevadę, i z powrotem do Kaliforni w trakcie pożarów. Każde miejsce było inne. Zmieniało się lokalne prawo, produkty w sklepach, drobne codzienne detale, co tworzyło wrażenie ciągłej zmiany. Ta duża pętla pozwalała coraz głębiej zanurzyć się w tematy, które już znałam i sprawiła, że podróż była wyjątkowo intensywna i inspirująca.

Równolegle odwiedzaliśmy popularne punkty turystyczne. Chciałam zrozumieć, dlaczego przyciągają tak wielu odwiedzających, ujawnić mechanizmy ich popularności i przedstawić je w mocno ironicznym ujęciu. Jednym z punktów naszej wyprawy było Monument Valley, miejsce nieodłącznie kojarzące się z USA i westernami. Jest tam tzw. John Ford’s Point, miejsce, w którym w filmach Johna Forda bohaterowie klasycznie siedzą na koniu, spoglądając w dal. To ikoniczne ujęcia. Dziś można tam wynająć konia i ustawić się w tym punkcie, by dać sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie z akilka dolarów. Sfotografowałam wtedy sytuację, w której ktoś korzystał z tej możliwości, a inna osoba uwieczniała ją telefonem. Inne zdjęcie pokazuje charakterystyczne ujęcie Barringer Crater, jednego z największych kraterów po upadku meteorytu, o średnicy 1 200 metrów. Atrakcja znajduje się na terenie prywatnym i jest ogrodzona. Aby spojrzeć na nią przez specjalne okno w ceglanej ścianie, trzeba zapłacić 10 dolarów, a osobno kilka dolarów, by zejść schodami w dół bliżej krateru. Nie omieszkałam odwiedzić jednej z najsłynniejszych instagramowych atrakcji – Horseshoe Bend, gdzie co roku kilkanaście osób ginie, robiąc „selfie”. Cały projekt był dla mnie przede wszystkim poszukiwaniem fotograficznej ciszy i poszukiwania spojrzenia odartego z ekscytacji.

Anka Gregorczyk, West, 2019
Anka Gregorczyk, West, 2019
Anka Gregorczyk, West, 2019
Anka Gregorczyk, West, 2019
Anka Gregorczyk, West, 2014
Anka Gregorczyk, West, 2019
Anka Gregorczyk, West, 2014
Anka Gregorczyk, West, 2023
Anka Gregorczyk, West, 2016
Anka Gregorczyk, West, 2019
Anka Gregorczyk, West, 2019
Anka Gregorczyk, West, 2019
Anka Gregorczyk, West, 2019
Anka Gregorczyk, West, 2019
Anka Gregorczyk, West, 2023
Anka Gregorczyk, West, 2014
Anka Gregorczyk, West, 2013

Między wyjazdami do Stanów realizujesz w Polsce wyjątkowy projekt „Krajobrazy Tymczasowe”. Ma zupełnie inny charakter, ale równie mocno koncentruje się na idei zmiany.

Był to czas wyzwalającego „resetu”. Przez pięć lat dokumentowałam budowę trasy ekspresowej S5, łączącej Bydgoszcz z której pochodzę z Poznaniem, w którym żyję . Dodatkowo teren był spustoszony przez huragan w 2017 roku, co tworzyło poczucie całkowitej przemiany przestrzeni. W tym samym czasie przechodziłam rekonwalescencję po wypadku samochodowym, więc można powiedzieć, że projekt stał się dla mnie równocześnie fizyczną i psychiczną rehabilitacją. Śledząc proces powstawania całej infrastruktury, budowałam w sobie spokój. Fotografowanie było trudne. Prace odbywały się głównie między październikiem a marcem, w ciężkich ubraniach i butach, w zimnie, wietrze. Czasem chodziłam w kaloszach, brodząc w błocie po kolana, by uchwycić konkretny kadr, choć wciąż uczyłam się chodzić od nowa po wypadku, co samo w sobie było dużym wyzwaniem. Mimo to każda sesja dawała mi poczucie spokoju, satysfakcji i oczyszczenia. Teoretycznie nieciekawe fotografowanie budowy drogi stało się dla mnie procesem budowania i poznawanie siebie i własnych granic. Pojawiały się nieoczekiwane sytuacje: ciekawe spotkania, obserwacje, momenty, których się nie spodziewałam. Całość stała się dla mnie ważnym, transformującym doświadczeniem.

Co łączy podróże fotograficzne po Stanach Zjednoczonych i „Krajobrazy tymczasowe”?

Oba projekty można określić jako „fotografię drogi”, zarówno w sensie fizycznej podróży, jak i bycia w czasie, uważnego obserwowania zmian. Pokazały mi też, jak bardzo potrafię być wytrwała. Jeśli mi na czymś zależy, jestem w stanie wiele zrobić, aby to osiągnąć. Jednocześnie oba projekty dawały swobodę odkrywania i doświadczania. Miałam ogólną wizję, ale pozostawiałam sobie przestrzeń na spontaniczne doznania.

Galerię otworzyłam przede wszystkim po to, by opowiadać o krajobrazie zmienianym przez działalność człowieka.

Jesteś artystką wizualną i zarazem prowadzisz galerię, gdzie pokazujesz prace innych artystów.

Galerię otworzyłam przede wszystkim po to, by opowiadać o krajobrazie zmienianym przez działalność człowieka. Moja urbanistyczna dusza dziś woli pokazywać jak ta przestrzeń naprawdę się zmienia w wyniku decyzji ludzi, ich potrzeb i braku odpowiedzialnoci , oraz jak te zmiany kształtują naszą percepcję świata. Chcę opowiadać o tym krajobrazie i procesach, które go tworzą. Zapraszam do tego artystów, którzy czują lub postrzegają świat z podobnej do mojej perspektywy lub w podobny sposób interpretują różne zjawiska. Zapraszam osoby, które realizują projekty odzwierciedlające wizję świata, obserwacje, obawy i lęki, które często podzielam. To, co ja bym chętnie wyraziła obrazem, gdybym miała dwadzieścia rąk, dwadzieścia żyć i dużo więcej energii i czasu. Jednym zdaniem galeria to sposób na stworzenie pośrednio mojej autorskiej wypowiedzi artystycznej.

Chciałabym, żeby kontakt z fotografią był organiczny, żeby obraz w odpowiedniej skali mógł opowiadać historię nie strona po stronie, ale pozwalał wejść w świat stworzony przez artystę lub kuratora. Fotografia w takim ujęciu tworzy opowieść, w którą można zanurzyć się całym sobą, wchłonąć jej energię i z nią fizycznie przebywać. Dla mnie fotografia ma właśnie taki wymiar: fizyczny.

Zapraszanych artystów zachęcam, by w galerii spojrzeli na swoje prace czasem z innej perspektywy. To doświadczenie jest wartościowe również dla mnie. Pozwala pracować nad własnym spojrzeniem na rolę fotografii i spuścić trochę powietrza z balonika, który artyści zazwyczaj tworzą wokół swojej sztuki. Zależy mi na tym, eby odwiedzający galerię mogli coś przetransferować z tego świata, który prezentujemy, do własnej rzeczywistości.

Działalność artystyczna i prowadzenie galerii to kilka etatów.

Życie musi mieć jakieś znaczenie, prawda? Dla mnie najważniejsze jest odczuwanie i pasja. Jeśli uda mi się zaangażować w to czyjąś pasję, daje mi to ogromną satysfakcję. Pozwala zobaczyć i doświadczyć więcej, bo robimy to razem. Chodzi nie tylko o sam efekt, lecz o sam proces, drogę, którą podążamy. Podczas niej uczymy się, doskonalimy, poznajemy siebie i innych.

Poznań, 22 października 2025

Galeria Centrala mieści się w Poznaniu na pl. Ratajskiego. Archiwum wystaw i bieżące ekspozycje można znaleźć ć na stronie www.centrala.art Działalność artystyczną Anki można śledzić na jej profilach oraz na stronie www.annagregorczyk.com

Rozmowa odbyła się w ramach festiwalu CMYKRGB
Dziękujemy Miasto Poznań za wsparcie
#poznańwspiera