Czy wybierając się w tę podróż, zdawałaś sobie sprawę, że to może być punkt zwrotny w twojej twórczości?
Wówczas, miałam jedynie przeczucie, że to będzie czas zmierzenia się z mitem USA, czymś, co budowało się we mnie przez lata. Nie miałam żadnego konkretnego planu, poza chęcią spojrzenia na świat bez uprzedzeń. Wzięłam aparat z nastawieniem, że będę fotografować to, co naprawdę widzę, a nie swoją interpretację rzeczywistości. Chciałam wejść w rolę dokumentalistki: obserwować, doświadczać i przyjmować wszystko, co przychodzi, bez oceniania. Jako fotograf architektury przyzwyczaiłam się do tworzenia obrazów, do kreowania. Wtedy jednak to szukanie, postrzeganie, dostrzeganie było z jednej strony fascynujące, a z drugiej obciążające.
Widać tę zmianę, wracając do zdjęć na Twoim profilu z 2014 roku. Kilka zdjęć z Nowego Jorku, ale po chwili miasto właściwie znika. To zafascynowanie dużymi budynkami mija, a fotografie stają się „brudniejsze”, pełne szumów, mniej ustawione. Wcześniej wszystko było starannie wystylizowane, kąty dopracowane. Tutaj pojawia się dużo nieporządku. A potem ruszasz na prowincję, szukasz „małej architektury” i detali.
Jak wspomniałam, mój instagram to nie jest dobra droga do dyskusji o moim fotografowaniu. Bardzo trudno jest postrzegać tę przestrzeń, nie powielając obrazów, które wdrukowały nam filmy czy fotografie przedstawiające USA. Zauważyłam, że chodziłam po Nowym Jorku, kojarząc c praktycznie niemal każdy zakątek. Choć nigdy tam wcześniej nie byłam. Obawiałam się, że podobnie będzie podczas podróży po Stanach, bo byłam pochłonięta obrazem Ameryki. Miałam poczucie, że wszystko już kiedyś widziałam. Stąd z góry nastawiłam się, że nie poddam się temu i będę chłonąć rzeczywistość taką, jaka jest, bez ekscytowania się i bez powielania zdjęć, które już tysiąc razy zostały zrobione.
No tak, ale jak w ogóle w Stanach uchwycić coś, czego jeszcze nie sfotografowano?
To niezwykle trudne. Obraz Stanów Zjednoczonych jest tak mocno wryty w naszą podświadomość, że często nie zdajemy sobie sprawy, że fotografując, po prostu powielamy kadry, które już wcześniej widzieliśmy. Tam właściwie wszystko zostało już sfotografowane. Trudność zwiększa fakt, że krajobraz USA cechuje duża powtarzalność. Charakteryzuje je specyficzny styl architektoniczny, miasteczka wyglądają bardzo podobnie, i jeśli odwiedziło się pięć czy dziesięć z nich, jest duża szansa, że kolejne dwieście będzie wyglądać tak samo. Bez względu na miejsce, doświadczenia i obserwacje są bardzo podobne, bo tak po prostu wyglądają Stany. To nie jest wykreowany obraz na potrzeby filmu. Tak jest naprawdę. Stąd trudno uwolnić się od tego stereotypowego sposobu patrzenia. Poddałam mu się zatem w końcu i pozwoliłam sobie doświadczyć tego zniewolenia obrazem.
W międzyczasie wydarzyło się jednak coś, co nadało projektowi niespodziewany kierunek. W Nowym Jorku, w Metropolitan Museum of Art, zobaczyłam fotografię Stephena Shore’a (jednego z pionierów fotografii kolorowej lat 70. XX wieku – przyp. red.) przedstawiającą skrzyżowanie w miejscowości Kalispell z 1974 roku („2nd Street East and South Main Street, Kalispell, Montana” – przyp. red.). To zdjęcie, pozornie nieprzedstawiające niczego wyjątkowego, zrobiło na mnie wrażenie. Poczułam silny impuls, potrzebę by odnaleźć to miejsce, mimo że nie leżało ono na naszej trasie ani nawet w jej pobliżu. Chciałam je zobaczyć i sfotografować, stworzyć coś w rodzaju refotografii Shore’a, co w końcu się udało. A potem zdarzyło się coś zabawnego. W Seattle mój życiowy i fotograficzny partner Łukasz Szamałek zrobił zdjęcie, które wyglądało jak znajomy kadr Stephena Shore’a. Przeglądając później swoje fotografie, zauważyłam, że wiele z nich ma podobny charakter. Okazało się, że fotografując najbardziej oczywiste miejsca, powstawały kadry, które można by niemal odnaleźć w książce American Surfaces. Kiedy to odkryłam, postanowiłam zjechać Stany Zjednoczone, podążając śladami Shore’a. Odtwarzałam sceny z jego kadrów, analizując, co w w nich urzekło fotografa i co chciał przekazać nimi widzowi. Okazało się, że wykonuję je 40, a potem 50 lat później po Shorze, mniej więcej w tym samym czasie, co było nieco przypadkowym zbiegiem okoliczności… chyba…
Które momenty z tego projektu najbardziej zapadły ci w pamięć?
Odnalezienie wielu lokalizacji, opisanych jedynie w sposób ogólnikowy, było prawdziwym wyzwaniem. Wymagało rozmów z mieszkańcami i poszukiwań nie tylko na mapach Google. Jednym z przykładów jest fotografia z Eureki, umieszczona na okładce zbioru Stephen Shore’a Uncommon Places. The Complete Works, która przedstawia bardzo klasyczny amerykański widok: zaparkowane na parkingu samochody, w tle trzy słupy elektryczne. Ta scena utkwiła mi w pamięci tak mocno, że byłam zdeterminowana, by ją odnaleźć. Chodziłam po mieście, pokazując fotografię i próbując odnaleźć tę lokalizację, ale nikt nie wiedział, gdzie się znajduje. W końcu okazało się, że oryginalny kadr jest niemożliwy do odtworzenia. Zdjęcie zostało wykonane z okna motelu, który od lat nie istnieje. Musiałam więc wykonać fotografię z innego ujęcia. Całe to śledztwo było intrygujące , ale kosztowało mnie wiele czasu i nieco frustracji, podobnie jak w Yosemite, gdzie przez sześć godzin poszukiwałam jednego kadru. Zamiast cieszyć się widokami parku narodowego, obsesyjnie szukałam konkretnego ujęcia. Gdy w końcu zrezygnowałam i zaczęliśmy wracać w kierunku parkingu , nagle zobaczyłam to miejsce… i okazało się, że było ono tuż przy parkingu. W pewnym momencie ogarnęło mnie rozczarowanie. Wyjeżdżałam do Stanów z nastawieniem, by odkryć istotę artystycznych wyborów Shore’a, a okazało się, że często determinował je bardzo prozaiczny czynnik – jak odległość miejsc od parkingu. Ale mimo to tworzył on doskonale obrazy, które po latach kształtują naszą wyobraźnię o tych miejscach. To odkrycie było dla mnie jednocześnie fascynujące i frustrujące.
Cały mój późniejszy proces fotografowania koncentrował się na demitologizacji wyobrażeń o Stanach Zjednoczonych, amerykańskiej wolności i American Dream. Mierzyłam je poprzez twórczość Shore’a, już nie odtwarzając jego zdjęcia, lecz, ujawniając kryjącą się za nimi rzeczywistość. Moment, który najlepiej oddaje sens tej idei, wydarzył się w stanie Montana. Marzyłam, by zobaczyć dzikie konie, biegające luzem po otwartej przestrzeni, symbol tej mitycznej wolności. Jadąc autostradą wreszcie je zobaczyłam. Pomimo zakazu zatrzymaliśmy samochód. I po dłuższym przebijaniu się przez kilka wzgórz okazało się, że jest to instalacja „The Bleu Horses” Jima Dolana, przypominająca o dzikich mustangach, których już nie ma w Ameryce. Ten moment był dla mnie przełomowy. Uświadomiłam sobie, że goniłam za wyobrażeniem, za mitem o wolności, który już nie istnieje. Wtedy zrozumiałam, że dla mnie to koniec baśni.